Jeffrey Epstein - multimilioner, który wykorzystywał dzieci.
Jeffrey Epstein - multimilioner, który wykorzystywał dzieci, obracał się swobodnie wśród prezydentów, książąt, miliarderów i ikon popkultury.Nazwiska związane z wyspą Little Saint James krążą w przestrzeni jak nieuchwytny duch. I nie chodzi nawet o obecność konkretnych ludzi, ale o to, jak długo system udawał niewiedzę. Prywatna wyspa. Prywatne odrzutowce. Prywatne "żarty", "aluzje", "spotkania".
A w tle dzieci sprowadzone do roli towaru, narzędzia, rekwizytu w teatrze władzy i perwersji. Nikt nie liczył się z ich cierpieniem ani głosem. Każda "zabawa" była starannie zaplanowanym aktem przemocy, a ich życie i bezpieczeństwo stały się przedmiotem transakcji i gier wpływów.
Epstein nie tylko krzywdził. On demonstrował bezkarność.
Obnoszenie się ze znajomościami, zdjęcia z możnymi tego świata, rozmowy telefoniczne, nazwiska rzucane mimochodem - to był element przemocy. Psychologicznej, systemowej. Przekaz był prosty: "Nikt ci nie uwierzy. Wszyscy są po mojej stronie".
Bo gdy sprawa dotyka ludzi wpływowych, wymiar sprawiedliwości nagle zaczyna kuleć. Dokumenty nagle giną, śledztwa są zawężane, decyzje odkładane w nieskończoność, a odpowiedzialność jest rozmywana. Akta Epsteina nie są tylko archiwum zbrodni. Są kroniką instytucjonalnej niemocy - a może niechęci - do powiedzenia "dość" i ukarania winnych.
Najbardziej obrzydliwym paradoksem jest to, że ci sami ludzie, którzy pouczają nas o moralności, klimacie, wartościach i "lepszym świecie", latają prywatnymi jetami na szczyty, by prawić kazania - w rzeczywistości mają problem z elementarnym człowieczeństwem.
Ich wyuczone gadki stają się groteską, gdy w praktyce popełniają przestępstwo wobec człowieczeństwa i rozgrywają ludzkie życie jak własną zabawkę.
Już nie raz udowodniono, że do władzy od wieków pchają się ci, którzy nie powinni jej mieć: narcyzi, psychopaci, jednostki z przerośniętym ego i zerowym kompasem moralnym. Tacy, dla których władza jest narkotykiem, a każdy człowiek - tylko przeszkodą lub narzędziem w zdobywaniu kolejnych stopni w hierarchii.
Demokracja dała masom złudzenie sprawczości, ale mechanizm pozostał ten sam - garstka decyduje, reszta płaci rachunek.
To jest struktura. Można zapytać: dlaczego ci, którzy mają wszystko - pieniądze, dostęp, władzę - sięgają po dzieci? Odpowiedź jest brutalna i niewygodna: bo tu nie chodzi o sam s*ks. Chodzi o dominację. O kontrolę. O przekraczanie granic. O poczucie absolutnej władzy nad drugim człowiekiem. A to jest klasyczna cecha osobowości zaburzonej. Część tych ludzi była ofiarami przemocy. Część nie. Ale niemal wszyscy funkcjonują w świecie, który przez lata uczył ich, że są nietykalni.
Dlatego tak łatwo czcimy "autorytety". Cytujemy ich złote myśli. Zachwycamy się sukcesem, nie pytając o koszt.
Przesuwamy palcem po wypolerowanych wizerunkach, nie widząc, że za filtrem stoi moralna pustka. Świadomość nie jest - nigdy nie była - wygodna. Ale jest konieczna. Bo jeśli nie nazwiemy rzeczy po imieniu, dalej będziemy klaskać tym, którzy moralnie są na samym dnie, tylko dlatego, że stoją wysoko. A to już nie jest naiwność. To element mechanizmu, który pozwala temu trwać.
Premier Donald Tusk zapowiada powołanie zespołu analitycznego i możliwe śledztwo w związku z aferą Epsteina, deklarując, że jeśli w sprawie pojawi się wątek wykorzystania polskich dzieci, państwo zrobi wszystko, by ścigać winnych. Brzmi poważnie. Nawet odpowiedzialnie.
Tylko że trudno nie zauważyć pewnej selektywnej wrażliwości. Bo jakoś znacznie ciszej jest wtedy, gdy ped*filia nie wymaga zagranicznego kontekstu, amerykańskich nazwisk i medialnego blichtru.
Gdy dotyczy Polski, lokalnych układów, afer zamiatanych pod dywan latami - nagle brakuje determinacji, komisji, zespołów i pilnych konferencji.
Wtedy dominuje milczenie, dezorientacja, rozmywanie odpowiedzialności. Jakby te dzieci były mniej "strategiczne", mniej medialne, mniej wygodne.
To nie jest kwestia braku wiedzy. To kwestia woli. Łatwiej potępiać "zło bezpieczne", oddalone o ocean, niż zajrzeć w lustro i przyznać, że systemowe zaniedbania, ochrona sprawców i instytucjonalna obojętność dzieje się też tu, na naszym terenie, w naszym języku. A udawanie, że "tego nie było", jest dokładnie tym samym mechanizmem, który przez lata chronił Epsteina i jemu podobnych. Tylko to lokalna wersja tego samego systemu.
Jeśli naprawdę chcemy mówić o sprawiedliwości, to nie zaczyna się ona hen daleko w USA, gdzie prywatna wyspa zamieniła się w miejsce wielu przestępstw.
Zaczyna się tam, gdzie władza ma odwagę rozliczyć swoje własne podwórko. Ale jak widać, dla polskojęzycznych tej odwagi wciąż brakuje.
~ Na Logikę